ups, znowu nie wyszło

no nie jestę blogerę. życie pędzi, już minęły prawie dwa miesiące od ostatniego wpisu, a tu nic się nie dzieje. pora odpuścić. trochę szkoda mi ponad dwóch lat opowiadania naszych przygód. ale trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć uczciwie, że muchomór nigdy nie chciał pisać tylko o dzieciach i kotach. a ponieważ życie muchomora to dziecko, koty i zgredek oczywiście (!), to lepiej zamilknąć i się nie pogrążać. heh. moje trzy ulubione tematy są naturalnie najbardziej interesujące na świecie, ale czasem wypada cichutko przycupnąć pod jakimś drzewem i czekać aż zasypią nas liście. wybacz kochany pamiętniczku, taki ze mnie uciekinier introwertyk.

buziaki dziewczyny i chłopaki. dzięki za ten czas!

wasz muchomór.

the-end

porwało

trochę mnie porwało. muchomorze życie zniknęło. tytus wymiótł wszystko. no prawie, bo zostało na szczęście kilka bardzo fajnych osób i dwa kochane koty. trzeba od nowa zawalczyć o siebie.

nowe

w czwartek chłopiec skończył pół roku, coraz więcej widzi i rozumie, uwielbia jeść, wkładać dłonie pod strumień wody, głaskać/wyrywać sierść kotom, ciągnąć matkę za włosy, lizać podłogę, zrywać liście i wyrywać trawę. nasz egzemplarz chłopca jest tak energiczny, gwałtowny i głośny, że czasem boję się spotykać sąsiadów, którzy niestety mają zwyczaj komentować krzyki tytusa. z drugiej strony można to potraktować jako swego rodzaju tytusowy odwet na człowieku z żyletką, który zamachnął się na wózek… jesteśmy na etapie ząbkowania (dwa zęby już są, cztery in progress!), nauki siedzenia i prób raczkowania. czujemy, że rewolucja już coraz bliżej bram! dlatego dzisiaj zakupiliśmy wysokie krzesło i dywan (nie jest to tamten wymarzony, który nigdy nie przyszedł, tylko po prostu dywan z ikei), żeby chłopiec nie obijał się za bardzo, jak mu chodzenie jeszcze nie wyjdzie heh.

pszczoła

już jakiś czas temu odkryliśmy, że sposobem na awanturnika są podróże i wycieczki. tytus uwielbia nowe miejsca. boi się za to obcych facetów (kurier, gospodarz, weterynarz), których sam widok wywołuje ataki płaczu. także obcy faceci trzymajcie się z daleka.

powsin

a propos strachu – koty wciąż boją się tytusa. dopóki krzykacz krzyczy raczej nie ma szans na wielką miłość. może jak zęby wylezą i chłopak się choć troszkę wyciszy, nadejdzie czas na wzajemne oswajanie?

róż

minęło już/dopiero pół roku i czasem zastanawiam się, co ja właściwie kiedyś robiłam, kiedy wydawało mi się, że jestem zajęta? nie mam pojęcia.

ps. a mówiłam wam już, że tytus jest najlepszy? zresztą zgredek też daje radę.

wakacje na wsi – turnus pierwszy

kochany pamiętniczku,

w piątek rano ruszamy na wakacje. rozpoczynamy weekendem z przyjaciółmi (tak, to z nimi tworzymy ludzką stonogę), a następnie zgredek zostawia muchomora i tytusa na wsi (sam wraca bowiem do stolicy, gdzie będzie grzecznie pracował i niegrzecznie imprezował). titu spi w programie wiejskiego turnusu: przeobrażenie tytusa w równie wiejskie dziecię (śpiące na świeżym powietrzu z bosą stopą, zahartowane i szczęśliwe), spacery, festiwale serów, ogórków i innych ziemniaków w okolicznych gminach i powiatach, wieczorne ogniska i seanse filmowe, kąpiele w jeziorze bez względu na okoliczności i pewnie trochę rodzinnych kłótni dla wzmocnienia więzi. sailor boy poza tym postanowiliśmy, że nie będziemy dzielnymi rodzicami podróżującymi w nieznane z niemowlakiem. postanowiliśmy, że będziemy tylko dzielnymi rodzicami podróżującymi z niemowlakiem, do miejsca, które znamy. nie mamy dość determinacji i czasu, żeby planować wielką podróż i udowadniać sobie, jacy jesteśmy nieustraszeni. wybraliśmy więc wariant najprostszy i najlepszy – dwa tygodnie sierpnia spędzimy w rodzinnym domu na wsi. dobra wiadomość jest też taka, że możemy zabrać ze sobą kociska, co uprości wszystkim życie (przy okazji wielkie dzięki dla wszystkich, którzy z pełnym poświęceniem odwiedzają dziewczyny, kiedy wyjeżdżamy) i pozwoli przeżyć trochę przygód znudzonym siostrom. pewnie skończy się też kocią awanturą, ale cóż bywa i tak. siostry z nieciekawych ciekawostek –  muchomór odkrył, że od czasu narodzin tytusa nie przeczytał żadnej książki (chociaż podjął próbę dokończenia jednej i rozpoczęcia dwóch innych). oczywiście nie licząc trzech tomów „książeczek kontrastowych”: „moje pierwsze obrazki”, „zwierzęta wokół nas” i „jakie to ciekawe!”, czyli biało-czarnych plansz z rysunkami dla dzieci 3 m+. na razie tytus nie wykazuje zbytnio zainteresowania lekturą, ale przynajmniej matka ma okazję naśladować odgłosy zwierząt. także pozdrawiam z nizin intelektualnych. no i wciąż zmagam się z porywami emocji. raz jestem najszczęśliwszym muchomorem w galaktyce, żeby po chwili wylądować na skraju przepaści. doświadczone matki twierdzą, że to minie i odzyskam równowagę. czekam więc cierpliwie, mam nadzieję, że zgredek też to wytrzyma.

tymczasem uściski!

muchomór

jutro pierwszy dzień lata!

ostatnio muchomór czuje się jak członek sztabu kryzysowego, w ciągłym napięciu i gotowości do walki z nadciągającym żywiołem. nawiedzają nas różne katastrofy naturalne  - od powracającego zapalenia pęcherza muchy (czyli pościel = kuweta), przez perypetie ludzkie i zmęczenie klimatem w kraju (czy tylko ja mam wrażenie, że jest coraz gorzej, że zewsząd wylewa się frustracja?). powraca też pytanie o przyszłość – co zrobić z dziecięciem, które nie dostało się do żłobka i co zrobić ze sobą w tych trudnych czasach? a walczę również z małym stworem, który nazywa się ziemiórka (ślicznie, prawda?) niszczy nam kwiaty balkonowe i wygląda jak mała muszka.

wpid-img_20140604_095844.jpg

dzisiaj na przykład tytus miał dzień śmieszka i z radości aż popiskiwał. jest najsłodszym grubaskiem w galaktyce. tak w ogóle całe to nowe doświadczenie macierzyńskie/rodzicielskie, życia z synkiem po prostu – pełne jest skrajnych emocji. wybaczcie patos, ale jakby nabrało głębi – wszystko jest bardziej intensywne. dobre dni są wspaniałe, a kiepskie dni są tragiczne. a może to nie żadna zmiana, tylko po prostu muchomorze hormony? hmmm… tak, pewnie tak.

wpid-img_20140605_152039.jpg

muchomór bardziej niż kiedykolwiek docenia bliskość świetnych ludzi, którzy wspierają dobrym słowem, rozmową i jak zgredek wyjedzie, ruszą z odsieczą i zamieszkają z muchomorem, żeby pomóc w opiece nad tytusem. nie jest źle, naprawdę. dni pełne są małych odkryć i zachwytów, starań, żeby ogarnąć całe towarzystwo i jeszcze zdążyć ogarnąć siebie. poza tym chodzimy na spacery, synek każdego dnia wyrasta z kolejnych ubrań, mucha obsikuje kolejne zestawy pościeli, pralka pierze… no i łamiemy sobie głowę ze zgredkiem, czy ruszyć w świat wakacyjnie, czy lepiej tym razem odpuścić… może macie jakieś doświadczenia z podróży z dziećmi (lat 0)? chodzi o 1-2 tygodniową podróż samochodem przed siebie.

wpid-img_20140608_115525.jpg

a muchomór ma nową/starą fryzurę (ekhę) na pieczarkę czyli.

letnie howgh!

podróże i inne przyjemności

tak więc stało się. muchomór osiągnął wiek dojrzały. powiem wam tylko, że ziemia nie zadrżała i żadnych niezwykłych zjawisk nie odnotowano (chociaż ta powódź na południu…). tak czy inaczej, coś się skończyło i trzeba się z tym zmierzyć. całe szczęście, że dobrzy ludzie postanowili osłodzić muchomorowi ten trudny czas.

zgredek zabrał muchomorzą małżonkę w nieznane i dosłownie wróciliśmy tam skąd przyszliśmy, czyli do lasu. spaliśmy w domu na drzewie, jedliśmy królewskie śniadania na dachu, robiliśmy wycieczki do wód. po prostu WSPANIALE! do tego okazało się, że tytus jest wytrawnym podróżnikiem i z godnością znosi trudy jazdy samochodem (oczywiście, o ile nie kolidują ze świętymi porami karmienia). A! dziecię nasze było już także na weselu, gdzie przez cztery godziny spało przy stole naprzeciw orkiestry. ma się ten styl od urodzenia… hmm.

następnie na majówkę zjechali do stolicy gdańszczanie, którzy wraz z anią, kubą i zgredkiem postanowili przywrócić mnie życiu, wysyłając na kurs photoshopa. i w ten sposób dwa razy w tygodniu muchomór wychodzi z domu zupełnie sam, wsiada do tramwaju w kierunku centrum (#likeaboss) i przez trzy godziny stara się nie myśleć o wszystkich stworzeniach pozostawionych w domu. i znowu okazuje się, że życie toczy się dalej, czas nie stanął w miejscu i ziemia nie drży, że tylko przez żywoty zgredka i muchomora przeszło tytusowe tornado i poprzestawiało co nieco po drodze.

no i w końcu – ostatni weekend spędziliśmy w winnicy pod sandomierzem pośród burz, powodzi, słońca, lokalnego wina i kiszonek. tradycyjnie w doborowym towarzystwie – coraz bardziej brodatych przyjaciół (LOVE!).

także za sprawą dobrych ludzi muchomór wchodzi w nowe dziesięciolecie dopieszczony podróżami, spotkaniami i obecnością tytusa, który w całej swojej ponad pięciokilogramowej wyjątkowości, jest jednak największą osłodą zaawansowanego wieku matki swej.

dla zainteresowanych losem futrzaków: relacje dziecko-koty bez zmian. za to relacje dziecko-świat ciut lepiej, bo tytus nareszcie się uśmiecha.

zgredek nieśmiało się skrada i jest szansa, że wkrótce powróci i coś skrobnie!

howgh!

raport z północy

odkąd tytus przejął władzę nad muchomorzo-zgredkowym światem, trudno o chwilę na pisanie. na święta nasz mały pan i władca ruszył na północ, w rodzinne strony swoich starych (heh). niezwykłe jest to, że właśnie w jego życiu wszystko dzieje się po raz pierwszy.

wpid-img_20140420_092041.jpg

o tak małe śpi jak już szczęśliwie zaśnie

muchomór nie może wyjść z podziwu, jak to możliwe, aby tak maleńkie stworzenie (połowę lżejsze od muszki), tak radykalnie zdominowało wszystko i wszystkich w zasięgu, swoją obecnością całkowicie przysłaniając każdą naszą aktywność. minęło zaledwie 6 tygodni, a życie już podzieliło się na erę przed i po-tytusową, z tym że tej pierwszej nikt już nie pamięta. żeby upewnić się, że życie toczy się dalej, muchomór łaknie historii codziennych – o pracy, chodzeniu do kina i teatru, czy o mój boże – o nocnym włóczeniu się po mieście. nastąpiła jeszcze jedna zmiana, która lekko niepokoi – totalny regres intelektualny muchomora. ciężko cokolwiek przyswoić, przeczytać do końca artykuł, czy nawet zapamiętać grupę krwi gagatka. do gagatka powracając – mały cierpi na kolki, czy po prostu bóle brzucha, czy niestrawność albo zespół morderczych bąków – czymkolwiek to jest – marzymy, aby opuściło ciało naszego dziecka i pozwoliło mu spokojnie spać. biedak męczy się okrutnie, wije i płacze, i wszelkie 1001 sposobów (suszarka do włosów, masaże, niemiecki lek, ciepłe okłady, wypijanie przez muchomora litrów kopru włoskiego, niejedzenie nabiału, bujanie, syczenie i skakanie) pozostawia tytusa prawie tak samo nieszczęśliwym i obolałym.

wpid-img_20140406_104913.jpgjedyna dotychczas próba zbliżenia ciszy do malucha

a! w relacjach dziecko-koty na razie pełen dystans, przyjaźń z tytusem musi poczekać na spokojniejsze czasy. futrzaki nie wytrzymują rejestrów płaczu synka i chowają się po kątach. marzę, że międzygatunkowa miłość wybuchnie jak tylko titu zwycięży z bólem (co ma nastąpić ok. 3 miesiąca życia smoka, więc jesteśmy w połowie drogi).

co do wózka – udało się znaleźć miejsce przy zejściu do piwnicy, mam nadzieję, że okaże się równie bezpieczne co obleśne. po rozmowach z sąsiadami upewniam się, że osoba, która zaatakowała tytusowy wózek żyletką, mieszka w naszej kamienicy. także musimy się strzec.

jeśli chcielibyście posłuchać o czymś innym, zapytajcie zgredka, któremu udało się ocalić trochę dawnego życia.

obiecuję, że postaram się przeżyć coś jeszcze w innym temacie, żeby was nie zamęczyć.

wasz muchomór z północy

 

jeden z tych dni

wczoraj był jeden z tych dni, po których trudno się pozbierać. rano okazało się, że ktoś pociął wózek tytusa żyletką lub nożem. wózek stał na naszej klatce. żeby do niej wejść trzeba przejść przez zamykaną bramę (domofon), niewielkie podwórko i otworzyć drzwi do klatki w oficynie (domofon). przy wejściu, we wnęce pod schodami stoją rowery, obok których przyczepialiśmy tytusowy wózek.  jak pomyślę o intencjach osoby, która to zrobiła, to jestem przerażona i chce mi się płakać z bezsilności i rozczarowania.

dom zły

dywanu nie będzie. mój ulubiony sklep (omijajcie szerokim łukiem!) zapowiada kolejny miesiąc opóźnienia, więc odpuszczam. może gdzieś, w innym wymiarze czeka na muchomora piękny pers hehe.

poza tym, na linii smutków jeszcze jedna przygoda. wysłałam zgłoszenie na konkurs ikei. trzeba było sfotografować swoją sypialnię. internauci głosują i komentują… wyobraźcie sobie, jakie piekło rozgorzało pod zdjęciami hmmm… naszego łóżka – oskarżenia, inwektywy i pogróżki. moje ulubione: „nie ma pojęcia o designe!!! zna się na tym jak pies na fizyce kwantowej!”. a wszystko to w kwestii kilku zdjęć sypialni i konkursu, w którym można wygrać tyle co nic.

tyle złego w temacie ludzkości. dość narzekań. mamy nowy dzień, pierwsze kwiaty na balkonie, łaty przyklejone do wózka, wsparcie bliskich i zobaczymy, co dalej.